Panel słoneczny może być… drogą

Panel słoneczny może być… drogą

Tak, dobrze przeczytałeś szanowny Czytelniku. W tytule nie ma żadnego błędu. W Stanach Zjednoczonych już od 9 lat działa firma, która za cel stawia sobie stworzenie sieci dróg spełniających dwa zadania: zwykłej szosy i farmy fotowoltaicznej zarazem.

Na ten – na pierwszy rzut oka karkołomny – pomysł wpadło małżeństwo z miasteczka Sandpoint w amerykańskim stanie Idaho. Scott i Julie Brusaw zauważyli, że farmy fotowoltaiczne działające na skalę przemysłową zajmują olbrzymie powierzchnie. Aby rosła wydajność farmy, potrzeba masy paneli słonecznych, których liczba idzie w tysiące. Im więcej baterii słonecznych, tym więcej ziemi one zajmą. Państwo Brusaw doszli do wniosku, że w miastach spokojnie znaleźć można pełno niewykorzystanej powierzchni, którą idealnie można zaprząc w karby fotowoltaiki. Ta powierzchnia to… nawierzchnia dróg.

Wystarczy tylko zamienić asfalt na panele fotowoltaiczne i nakryć je przezroczystym tworzywem, które wytrzyma nacisk kół samochodów osobowych i ciężarówek. Dwie pieczenie upieczone na jednym ogniu. Ruch uliczny nadal będzie odbywał się na dotychczasowych zasadach, a dodatkowo panele będą produkować ekologiczny prąd. Technologia wytwarzania paneli ma być jeszcze bardziej „zielona”, bowiem zakłada wykorzystanie na szeroką skalę materiałów z recyklingu. Założona przez Scotta i Julie Brusawów firmą Solar Roadways Incorporated rozpoczęła prace nad przekształceniem tego rewolucyjnego pomysłu w funkcjonalne rozwiązanie możliwe do wdrożenia do produkcji.

Ze środków pochodzących z dwóch dotacji od Departamentu Transportów Stanów Zjednoczonych Solar Roadways sfinansowała budowę parkingu złożonego z paneli słonecznych. Testy wykazały, że pomysł Brusawów działa i ma spory potencjał. Trwa jego dalszy rozwój, ale pojawiły się też głosy krytyki. Sceptycy utrzymują, że to rozwiązanie zbyt drogie i może opłacać się jedynie przy okazji małych inwestycji np. wspomnianych parkingów.